Słuchaj w internecie
RDN na gadu-gadu

Fonograf - niezapomniana muzyka XX wieku




Audycja oparta na prezentacji znanych i uznanych, ale także rzadszych i zapomnianych już utworów minionego stulecia. FONOGRAF zbudowany jest z różnych, bogato ilustrowanych muzyką elementów składowych, m.in.:
Grający kalendarz
Fonograf live
Gwiazda programu
Bluesowe pejzaże Mistrzowie gitary
Albumy sprzed lat
Odkurzone listy przebojów
Konkurs Fonografu
Kufer z życzeniami

napisz do autora programu, zamów piosenkę do "Fonografu" - fonograf@rdn.pl

 

FONOGRAF - program Krzysztofa Borowca
BUDDY HOLLY - ARTYSTA NIEZAPOMNIANY
Urodził się 7 września 1936 roku. Był pierwszą wielką gwiazdą rock and rolla, która - będąc u szczytu popularności - nagle tragicznie zgasła. Był fenomenem, który zaledwie w kilka miesięcy zapisał jeden z ważniejszych rozdziałów muzyki rozrywkowej. W pamięci entuzjastów starego rocka pozostaje do dzisiaj.

Już dawno Holly został uznany, obok Chucka Berry'ego, za jednego z dwóch najwybitniejszych twórców rock and rolla. Lista wykonawców, którzy sięgali po jego kompozycje jest imponująca. Stworzył - według Marka Wiernika - "coś w rodzaju pomostu, łączącego klasyczny rock and roll z "teenbeatem", czyli muzyką dedykowaną młodszym nastolatkom".

Jako czteroletni dzieciak rozpoczął naukę gry na fortepianie i skrzypcach. W wieku lat pięciu błysnął w konkursie młodych talentów w County Line. Gdy miał lat siedemnaście zadebiutował w programie radiowym rozgłośni KDAV w Lubbock.

W 1955 roku wytwórnia Decca podpisała z Buddym kontrakt, w którym nazwisko Holley zostało pomyłkowo zapisane jako Holly. I tak, za zgodą artysty, już zostało. Wielkim jego sukcesem okazała się, nagrana dla kolejnej wytwórni Coral, piosenka That'll Be The Day" która stając się mega hitem zawojowała zestawienia po obu stronach Atlantyku. 1 grudnia 1957 roku Holly wraz ze swoim zespołem The Crickets wystąpił w najpopularniejszym programie telewizyjnym w Ameryce - Ed Sullivan Show. Występ przeszedł do historii. Kolejne numery, nagrywane z The Crickets, trafiały regularnie na listy przebojów. Dziś takie piosenki, jak: Peggy Sue, Oh Boy, Maybe Baby czy Listen To Me to rock and rollowa klasyka. Zresztą single z tymi właśnie czterema piosenkami na angielskiej liście Top 30 znalazły się w jednym tylko tygodniu

Buddy Holly zaprezentował odmienną, od współczesnej mu, stronę instrumentalną kompozycji. Na pierwszym planie znalazło się mocne brzmienie gitary elektrycznej marki fender, która stała się jego znakiem rozpoznawczym. Ostry i ciężki zarazem rhythm and bluesowy backbeat, wybijany przez perkusję, też był wówczas nowością, jeśli nie w muzyce w ogóle, to z pewnością w muzyce białej. Artysta był przy tym pierwszym muzykiem rockowym, który eksperymentował z overdubbingiem, co pozwalało mu na autoakompaniament.

Holly nie tylko od strony muzycznej potrafił zadziwić świat. Jego piosenki szokowały cynicznymi i prowokującymi tekstami, znacznie odbiegającymi od ugrzecznionych przebojów Elvisa Presleya czy Rickiego Nelsona. Co by nie mówić stał się postacią szalenie popularną. Niestety kariera artysty została przerwana przez tragiczne wydarzenie, będące właściwie pierwszą rockandrollowa tragedią w dziejach.

Był luty 1959 roku. W Stanach Zjednoczonych trwało właśnie tournee The Winter Dance Party. W tym zimowym objazdowym zlocie obok Buddy'ego Holly'ego brały udział ówczesne gwiazdy rock and rolla: Ritchie Valens, Big Bopper, Dion z The Belmonts oraz Frankie Sardo. Po koncercie w hali Surf Ballroom w mieście Clear Lake okazuje się, że autokar gwiazd jest niesprawny. Postanawiają zatem, że do miejsca kolejnego koncertu polecą wynajętym samolotem. Wraz z Hollym, na lotnisko zabierają się: Big Bopper oraz ulubieniec meksykańskiej młodzieży Richie Valens. Kierują się do najbliższego lotniska w Mason City. Temperatura powietrza wynosi minus 18 stopni. Wieje silny wiatr i pada śnieg. Za sterami małego samolotu Beech Bonanza, model 35, siada 21-letni pilot Roger Peters. Samolot startuje. Jest 3. lutego, godzina około 0:30. Mija zaledwie kilka minut lotu, mniej więcej osiem mil od Mason City, w okolicach Fargo, w północnej Dakocie, dochodzi do pierwszej rock and rollowej katastrofy. Samolot rozbija się na zaśnieżonej farmie. Pilot i pasażerowie giną na miejscu. Świat najbardziej opłakiwał rzecz jasna śmierć Buddy'ego Holly'ego. Charles Hardin Holley, bo takie były jego prawdziwe imiona i nazwisko, przeżył 22 lata i pięć miesięcy.

Dziś, zwłaszcza w naszej części świata, Buddy Holly wydaje się być postacią zapomnianą, jednak w obszarze kultury anglo-amerkańskiej był i nadal pozostaje artystą znaczącym. Warto przecież wspomnieć, że na przykład zespól The Beatles (beetles - żuki) w nazwie nawiązał do jego zespołu The Crickets (świerszcze). The Hollies (mój ulubiony przebój The Air That I Breath) - jeden z najpopularniejszych zespołów brytyjskich lat 60. i 70. - swoją nazwę wziął właśnie od Holly'ego, a z jego piosenkami nagrał cały album. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że od 1976 roku organizowany jest w Anglii, z inicjatywy Paula McCartneya, Tydzień Buddy'ego Holly'ego. Na ile wstrząsnęła światem muzyki jego śmierć, świadczą też słowa, które znalazły się w wielkim przeboju American Pie. Don McLean śpiewał w nim, że w dniu śmierci Buddy'ego umarła muzyka.

Ktoś powiedziałby: no tak, ale to wszystko było dawno, właściwie niewiele lat po śmierci artysty. Dobrze, ale jest też inny przykład. Oto kilka lat temu wpadła mi w ręce książka Bradleya Dentona Buddy Holy żyje i pozdrawia z Ganimedesa. Powieść, wydana w USA w latach dziewięćdziesiątych, cieszyła się tam sporą popularnością i została nagrodzona John W. Campbell Award. Ta niesamowita i zarazem zabawna historia sytuuje się - co prawda - w kręgu fantastyki, lecz mimo to, a właściwie dzięki temu tym bardziej świetnie obrazuje fakt socjokulturowy - czyli to, na ile mocno Holly wpisał się w krąg postaci "zamieszkujących świat masowej wyobraźni".

Krzysztof Borowiec

05-03-2010