Kto wyjedzie z rodziną do Francji? – przeczytaj i zagłosuj

19.06.2019

Trzynaście rodzin walczy o tygodniowy wyjazd do Francji. Tyle prac na temat wpływu św. Jana Pawła II i św. Kingi na życie rodzin, radiowe jury zakwalifikowało do ścisłego finału.

Nagrodą w konkursie RDN i Polskiej Misji Katolickiej we Francji jest pobyt dla całej rodziny w jednym z dwóch ośrodków w tym kraju – pod Paryżem lub w Lourdes.

Teraz to słuchacze zdecydują kto będzie zwycięzcą, ruszyło sms’owe głosowanie – mówią Iwona Chmielowska i Ewa Lasota z Biura Promocji RDN.

Prace były bardzo rzetelnie napisane, bardzo konkretne, poruszały serca nie tylko nasze, ale i osób, które je czytały – mówi Iwona Chmielowska.

W tym momencie wszystkie zakwalifikowane prace znajdują się na naszej stronie internetowej, teraz to nasi słuchacze głosują: 71051 w treści wpisując rdn.francja i numer wybranego opowiadania. Bawimy się dalej – mówi Ewa Lasota.

Rozstrzygnięcie konkursu 28 czerwca o 15.00. Koszt jednego sms’a to 1,23 z VAT.

Wyniki głosowania dostępne TUTAJ

Prace wraz z numerami do głosowania:

2
Święty Jan Paweł II wpłynął na życie naszej rodziny w ten sposób, że gdy parę lat staraliśmy się o drugie dziecko, robiąc badania pani doktor powiedziała, że coś jest nie tak i nie możemy mieć kolejnego dziecka. Pamiętam jak moja mama mówiła, że można uprosić Papieża Jana Pawła II, który odszedł do nieba. Tak bardzo Jemu się powierzyłam, zaufałam, że zaczęłam z Papieżem Janem Pawłem II rozmowę, taką od serca i przez modlitwę. Prosiłam i obiecywałam, że jakby była dziewczynka to będzie Karolinką, a jak będzie chłopiec to będzie Karol. Naprawdę to było takie szczere, że po niewielkim czasie po śmierci Jana Pawła II byłam w ciąży i rok później 16.02.2006 roku urodziłam syna, a mąż który był obecny przy porodzie pyta mnie jak damy mu na imię, mówię a czy może być Karol? Mąż mówi, pewno, że tak a w sercu wiedziałam, że przecież była obietnica (teraz mąż już wie, bo mu opowiedziałam potem). Nie mogło być inaczej, musiałam dotrzymać słowa Janowi Pawłowi II (Karolowi Wojtyła). Teraz by powiedział to ja się starałem, a ona już nie pamięta co obiecywała. Papież też lubił żartować. Cieszę się, że mogę taką cudowną chwilę opowiedzieć. Teraz nasz syn Karol skończył 13 lat i też dorasta jak młody Karol Wojtyła, lubi grać w piłkę, jest koleżeński, wesoły i jest ministrantem światła.  Ja szczerze ufam, że to było uproszone u tak Wielkiego człowieka.
(Edyta Piksa)


Jak św. Jan Paweł II wpłynął na życie mojej rodziny. Cóż ja zostałam babcią, a moja córka szczęśliwą mamą. Jestem pewna, że przez wstawiennictwo Jana Pawła II wybłagałam cud życia mojego wnuka. Przez sześć lat córka z mężem starali się o dziecko, w międzyczasie dwa poronienia, i po dalszym leczeniu jest pozytywny test ciążowy, ale radość trwa parę tygodni. Ból brzucha, wizyta w szpitalu w Anglii, gdyż córka czasowo tam przebywała. Diagnoza brak ciąży, córka się upierała, że robiła kilka razy test ciążowy i był pozytywny. Po dokładniejszych badaniach okazało się, że jest ciąża pozamaciczna żywa umiejscowiona na jajniku. Lekarka informuje, że ciążę trzeba usunąć, gdyż nic z tego nie będzie a zagraża życiu córki, więc znowu płacz i rozpacz. Zabieg ma się odbyć kolejnego dnia. Córka dzwoni do mnie informuje mnie o całej sprawie. Ja idę do kościoła na mszę, ale z tej mszy nic nie wiem tylko myślę o dziecku, które żyje i trzeba je zabić. W pewnym momencie mój wzrok zatrzymuje się na obrazie Jana Pawła II (nigdy się do niego nie modliłam) i zaczynam z nim rozmawiać, a wręcz wyrzucać mu. Ojcze święty jesteś tu od nas pomagasz ludziom na całym świecie błagam Cię uczyń cud i uratuj to dziecko, bo przecież tak bardzo kochasz dzieci, wiesz jak bardzo na nie czekamy, nie pozwól żeby to dziecko zostało zabite i parę innych zdań po czym się popłakałam i wróciłam do domu. Następnego dnia córka dzwoni z wielki płaczem, ale to ze szczęścia. Mamciu poszłam na zabieg, a pani doktor zrobiła jeszcze USG  aby upewnić się jak duży jest płód i ile leku trzeba podać. Okazało się, że dziecka na jajniku nie ma, dziecko jest w macicy i serduszko mu bije. Słowa lekarki „medycyna nie wszystko może, ale Pan Bóg tak” Ciąża przebiegła bez żadnych problemów/ 14.06.2016 roku urodził się piękny, zdrowy chłopczyk Kubuś. Córka bez pomocy lekarzy znowu zaszła w ciążę i urodziła córeczkę Natalkę, która ma 6 miesięcy. Cała rodzina cieszy się szczęściem córki Ja z mężem jesteśmy szczęśliwymi dziadkami.
(Urszula Hadała)

5
Nasze małżeństwo Maria i Walenty Mąka. Rozpoczynamy 40 rok wspólnego życia. Ja Walenty z Siekierczyny długo przed ślubem prosiłem Boga uczestnicząc we mszy świętej w kościele i przyjmując w każdą niedzielę komunię świętą o dobrą żonę i w tej również intencji pojechałem na pielgrzymkę na spotkanie z Janem Pawłem II do Nowego Targu. Maria pracowała w szkole w Nowej Wsi i tez prosiła o poznanie człowieka, który byłby dobrym mężem. W tej również intencji pojechała na spotkanie z papieżem poprzedzonym nocnym czuwaniem do Warszawy w czerwcu 1979 roku przed kościołem Św. Anny. Dowodem tego ma pamiątkowy krzyż. Okolicznością, która zdecydowała że jesteśmy małżeństwem było nasze spotkanie w Krakowie 20 XII 1979 roku na mszy świętej w kościele Mariackim. To wówczas stojąc naprzeciw ołtarza popatrzyliśmy sobie w oczy, a ja odniosłem uczucie, że Marysia Strzałka będzie moją żoną. To była moja bez wahania decyzja. Od 20 XII 1979 roku do 5 VII 1980 spotykaliśmy się w każdą niedzielę mimo że ja dojeżdżałem z Limanowej co wyło wielkim wysiłkiem, a Marysia mieszkała koło Warki. Ślub nasz odbył się właśnie 5 VII 1980 roku w kościele św. Mikołaja w Warce uczestniczyliśmy w każdej pielgrzymce z papieżem, a na Jego pogrzeb pojechał nasz syn Wojtek do Rzymu. W podziękowaniu za szczęśliwe małżeństwo byłem na spotkaniu z  papieżem w Starym Sączu.  Od dnia naszego ślubu do chwili obecnej wspólnie odmawiamy poranną i wieczorną modlitwę z dziećmi, która to już dorosła trójka też to czyni i jesteśmy szczęśliwi, że przekazaliśmy im obowiązek uczestnictwa we Mszy Świętej. Obecnie tworzymy już trzypokoleniową rodzinę. Muszę zaznaczyć, że chociaż w przeciągu tych 40 lat zdarzają się czasem pewne nieporozumienia to dzięki modlitwie spokojnie je pokonujemy, a Opatrzność Boska czuwa nad nami i możemy powiedzieć, że jesteśmy szczęśliwą rodziną i w tym pomaga nam opieka Św. Jana Pawła  II.
(Maria i Walenty Mąka)

6
„Tu wszystko się zaczęło”
Dla nas, właśnie tutaj w Sądeckiej „Opoce” .Pojawiliśmy się tutaj w dniach 30.09-2.10.2016 roku dla rekolekcjach dla narzeczonych, chociaż wtedy nie mieliśmy wyznaczonej daty ślubu, z nawet (jako jedyni z całej grupy) nie byliśmy narzeczonymi. Szukaliśmy drogi wśród krętych, licznych ścieżek życia. Dzięki temu miejscu obraliśmy dobry kierunek. W maju kolejnego roku na Bachledówce, podjęliśmy decyzję, że chcemy patrzeć w jednym kierunku i dalszą drogą kroczyć razem. Na decyzję o ślubie nie trzeba było długo czekać. Jeszcze tego samego roku 30 grudnia zostaliśmy mężem i żoną. Po tym ważnym kroku, zrezygnowaliśmy z życia w warszawskim pędzie i pogoni za złudnie niosącymi szczęście pieniędzmi. Przeprowadziliśmy się do Limanowej (gdzie w 1999 roku w drodze do Starego Sącza zatrzymał się Jan Paweł II, gdzie my teraz możemy oglądać Beskid Wyspowy z Miejskiego Krzyża, Beskid tak bardzo ukochany przez Niego. Teraz możemy pilnować Mu tych szlaków i kroczyć po nich razem z naszą córką, która jako miesięczne niemowlę przyjęła Chrzest Święty przed Pietą Limanowską ( dwukrotnie koronowaną przez tego samego człowieka: 1966 jako Metropolita Krakowski Karol Wojtyła. 1983 – papież Jan Paweł II) w pierwszą rocznicę naszego ślubu, a tym samym w Niedzielę Świętej Rodziny 30.12.2018 roku. Wierzymy, że nasz święty będzie nas dalej prowadził dobrymi drogami.
(Magdalena i Wojciech Mąka)


20 lat temu a dokładnie 16 czerwca 1999 roku wraz z moim tatą o godzinie 4 rano wyruszyliśmy pieszo na pociąg z Limanowej na spotkanie z Ojcem Świętym Janem Pawłem II. Mama nie pojechała bo akurat złamała nogę. Więc nie dane jej było tam być. Nie było wtedy takiej komunikacji jak teraz. Szybka pobudka, pokonanie dwóch kilometrów pieszo, żeby zdążyć na pociąg, który wcześnie rano miał wyruszyć do celu. Dokładnie wszystko pamiętam. Takie zarysy… Następnie wraz z innymi pielgrzymami po przybyciu do Starego Sącza, każdy kierował się do swojego sektora. Byliśmy dość blisko ołtarza. Sektor 2, litery nie pamiętam. Nie zapomnę jak padał deszcz, a my w pelerynach przeciwdeszczowych siedzieliśmy i jedliśmy kanapki. Mamy nawet zdjęcie pamiątkowe. Ojciec Święty przejechał dosyć blisko naszego sektora, cóż to były za emocje! Dla mnie jako dziecko ogromne, nigdy wcześniej nie uczestniczyłam w takim wydarzeniu!!! Następnie była Msza Święta podczas, której została kanonizowana Święta Kinga. Każdy trzymał w ręce obrazek z jej wizerunkiem ( Do dziś mam go w biblioteczce z książkami) Jako dziecko nigdy nie byłam na tak długiej mszy świętej. Tyle atrakcji i tyle osób naraz i taka podniosła chwila, jak kanonizacja. Tego się nie zapomina. I ten powrót z tłumem ludzi, pokonanie 10 kilometrów do pociągu, nogi bolały ale wspomnienia zostały przepiękne.  Również mój mąż był tam wraz z rodziną. Oni pielgrzymowali inaczej nie pociągiem! Pojechali autem dotarli do Gołkowic i stamtąd na nogach zmierzali do Starego Sącza. Wspominając ten dość dłuższy spacer, można się pośmiać, bo mój szwagier wieziony przez swoją mamę w wózki z powrotem musiał iść na nogach , gdyż kółka przy wózeczku starły się na amen i musieli go wyrzucić.
Tyle z opowieści i spotkania z Janem Pawłem II i Świetą Kingą sprzed 20 lat.
Potem nastąpiło ochłodzenie mojego życia religijnego, chodziło się do Kościoła i tyle.
Ale Pan Bóg ma swoje plany wobec nas i osób nas otaczających…Przełom nastąpił dopiero po latach jak zaczęły się różne problemy i zwróciłam się do Pana Boga. Pierwszym z większych stało się moje planowane macierzyństwo. Po wyjściu za mąż nie od razu chciałam mieć dzieci. Po roku czasu dojrzałam do tej decyzji. Ale przez trzy lata bez skutku. Miałam różne załamania, diagnozy, jednak wiele osób tez modliło się w tej intencji. Nie byłam z tym sama.
Wsparcie innych i wiara są bardzo ważne. W międzyczasie w naszej parafii Limanowa, parafii Matki Boskiej Bolesnej, nasz proboszcz zorganizował nabożeństwa pierwszo – sobotnie z modlitwą i adoracją przy relikwiach i za wstawiennictwem Jana Pawła II. Obie z mamą uczęszczałyśmy na nie i prosiłyśmy o dar macierzyństwa dla mnie. Pamiętam nie raz  łzy wylane na tym nabożeństwie, także pretensje, że Pan Bóg mnie nie słucha. Ale czemu on miał mnie od razu wysłuchać, jak ja przez kilka lat go nie słuchałam… Ale pamiętam też nabożeństwo, które utkwiło mi na zawsze w pamięci. Moja dobra znajoma powiedziała, że kilka osób będzie się modliło w MOJEJ intencji za wstawiennictwem Jana Pawła II i żebym wierzyła. No cóż chyba uwierzyłam bo w już w kolejnym miesiącu zobaczyłam upragnione 2 kreski.,. Ale zanim to nastąpiło było jedno BARDZO WAŻNE  wydarzenie w naszej rodzinie. Siostra mojej babci zachorowała mając 87 lat. Do kościoła nie chodziła długie lata, przeklinała mnie i innych. Chciałam jej pomóc, ale nie wiedziałam jak. Pewnej nocy moja mama miała paskudny sen z nią związany. Opowiedziawszy mi to postanowiłam działać. Modląc się i zawierzając po ludzku jej bardzo ciężkie położenie Świętemu Janowi Pawłowi II, jako apostołowi miłosierdzia prosiłam o cud nawrócenia przed śmiercią jej  i pojednania jej brata oraz ze mną.  Pan Bóg jest wszechmocny bo idąc do niej szłam z zamiarem tego, że przekonam ją do tych rzeczy, Takie silne przekonanie mną owładnęło… że z pomocą Boską wszystko można. Pogodziłyśmy się wśród łez puszczając w niepamięć różne sprawy. Obie popłakałyśmy się. Powiedziała mi, że żałuje tego, jak przeklinała i złorzeczyła życząc mi „dziecka diabła” i innych rzeczy.
Następnie zapytałam o to czy jest gotowa pojednać się ze swoim bratem? Odpowiedziała „niech tu przyjdzie…” Mój Tata poszedł do niego. Zdumienie wujka, że jego siostra chce się z nim pogodzić było ogromne. Płakał przestępując próg domu, w którym nie był 30 lat. Jednocześnie bał się tego spotkania. Podali sobie ręce, a my jak dzieci popłakaliśmy się wraz z nim, zdając sobie sprawę jak Pan Bóg działa i łamie ich serca. Kolejna sprawa wydawało mi się trudniejsza, ale najważniejsza. Spowiedź Święta. Mówiąc „Pan Bóg jest miłosierny, ale tez trzeba się wyspowiadać, bo Twoja choroba może okazać się nieuleczalna”. Popatrzyła na mnie i kazała wezwać księdza. Kolejny raz zgodziła się. Był ksiądz, Spowiedź Święta.
Wydawało się, że ciotka wyzdrowieje. Ten humor i radość. Ale na drugi dzień po tej Spowiedzi stan tak się pogorszył, że za 2 tygodnie Ciocia odeszła. Wiele osób płakało, ale ja czułam wewnętrzny spokój tak jakby coś pękło. Nie powiem, do dziś jak sobie przypomnę, a dużo uwagi poświęciła mi w dzieciństwie to płaczę, ale wtedy byłam spokojna nawet na pogrzebie. Zresztą zaraz po pogrzebie okazało się, że byłam ….. w ciąży. I myślę, że zawdzięczam to temu, że ciotka cofnęła swoje przekleństwa ze mnie, a także modlitwie wstawienniczej tylu osób na nabożeństwach pierwszo – sobotnich za wstawiennictwem Jana Pawła II. Dlatego dziękuję Janowi Pawłowi II za te cuda w moim życiu: cud nawrócenia, przebaczenia, cofnięcie przekleństwa i cud życia. A święta Kinga jest jedną z wielu Świętych, do których się zwracam i obrazek z jej kanonizacji trzymam w miejscu, gdzie czasem zaglądam i o niej również pamiętam.  Będąc w naszym Kościele Bazylice Matki Boskiej Bolesnej i modląc się przy relikwiach Jana Pawła II proszę, żeby miał w opiece naszą rodzinę, żeby moje dzieci kiedyś miały mocną wiarę i prowadziły życie prawdziwie chrześcijańskie, żebyśmy nie zeszli z drogi wskazanej nam przez Pana, a kiedyś żeby Pan Bóg Miłosierny dał całej naszej rodzinie dobrą śmierć. CHWAŁA PANU!!
(Agnieszka Zoń-Szewczyk)

9
16 czerwca 1999 r. Stary Sącz. To tam udaliśmy się z przyszłym mężem na pielgrzymkę, aby spotkać się z Janem Pawłem II. W godzinach wieczornych dojechaliśmy do miejscowości Podegrodzie i stamtąd ruszyliśmy w pieszą pielgrzymkę do docelowego miejsca jakim były błonia w Starym Sączu pod klasztorem Św. Kingi. Przez całą noc czekaliśmy na to bardzo ważne dla nas wydarzenie. Zmęczeni, zmoczeni, ale szczęśliwi, że zobaczymy naszego Papieża. I tak się stało, mieliśmy sektor daleko od ołtarza, ale blisko drogi, którą miał przejeżdzać papa mobile z Papieżem. Było to dla nas ogromne przeżycie wiedzieć z bliska Jana Pawła II. Nasz kochany Ojciec Święty był na wyciągnięcie ręki. Towarzyszyło nam ogromne wzruszenie, same łzy cisnęły się do oczu, a serce biło jak oszalałe. Potem w ciszy i skupieniu uczestniczyliśmy w eucharystii, a trakcie której księżna Kinga została świętą. Po zakończonej Mszy udaliśmy się w drogę powrotną. Było to dla nas bardzo ważna wydarzenie, gdyż za 10 dni od daty wizyty Papieża wzięliśmy ślub. Minęło 20 lat. Papież ciągle towarzyszył i jest z nami w naszym życiu. Był i jest ważną osobą. Jego pielgrzymki po całym świecie oglądaliśmy w telewizji zawsze w wielkim skupieniu i z przejęciem. Doczekaliśmy się dwójki dzieci. Syn dostał na imię Jan, a córka Milenka urodziła się 18 maja, w dzień urodzin Papieża. Dzieci często biorą udział w konkursach wiedzy o Janie Pawle II i zdobywają wysokie lokaty. W tym roku w naszej gminie został ogłoszony konkurs o św. Kindze, w którym nasza córka bierze udział. Dzięki temu poznaje historię Świętej. Całe nasze życie małżeńskie i rodzicielskie związane było z Papieżem. Jego śmierć bardzo nas poruszyła. Od chwili kiedy został beatyfikowany, a potem kanonizowany często w trudnych dla nas chwilach zwracamy się o jego orędownictwo u Boga Ojca. Czujemy, że zawsze nas wysłuchuje i uprasza dla nas potrzebne łaski.
Pod wzgórzem św. Kingi
w Starym Sączu w czerwcu
spotkaliśmy się wszyscy
by Papież Jan Paweł II
na długo pozostał w naszym sercu.
Jego homilia i słowa
wracają do nas od nowa.
Powtórka z geografii
każe spojrzeć na mapę.
Beskid Sądecki nas zachwyca
bo to piękna okolica.
Rok 1999 to ważna dla nas data
związaliśmy się węzłem małżeńskim
na życia naszego lata.
20 lat minęło jak jeden dzień
a nasze troski i zmartwienia odeszły w cień.
20 rocznicę ślubu dzisiaj świętujemy,
Ojcu świętemu z całego serca dziękujemy.
Za wskazanie nam celu na nowej drodze życia.
Choć jeszcze dużo przed nami prawd jest do odkrycia.
(Magdalena i Marek Kupiec)

16
„Staliście się moją drogą, dzięki której jestem dzisiaj, tym kim jestem…”
Gdy byłam młoda wybrałam się z moja siostrą i przyjaciółkami na pielgrzymkę do Rzymu. Dla nas Polaków, był to okres odnowy wiary i nadziei w lepsze jutro. Jednym z celów podróży było spotkanie z naszym papieżem Janem Pawłem II. Był to człowiek obok którego wręcz chciało się przebywać, jego osobowość, charakter, poglądy, a zwłaszcza wiara i zawierzenie Matce Bożej sprawiało, że serce się uspokajało, myśli odchodziły od spraw drobnych, a umysł skupiał się i dokładnie analizował każde wypowiedziane przez niego słowo. Byłam wtedy młoda, szukałam odpowiedzi na wiele pytań, a na jeszcze większą część nie mogłam jej znaleźć. Jednak po spotkaniu z Janem Pawłem II, zaczęłam się zastanawiać czy naprawdę chciałam znać odpowiedź na te pytania. Myślałam, czym tak naprawdę powinnam się przejmować. Zaczęłam się modlić o pomoc do św. Kingi, zwłaszcza po wyniesieniu jej na ołtarze przez papieża. Był to dla mnie znak, że to ona będzie moja orędowniczką u Boga, bo wybrał ją papież, który zmienił mój sposób patrzenia na świat. Kiedy po moim ślubie dowiedziałam się, że mam zostać mamą, zaczęłam jeszcze gorliwiej modlić się o szczęśliwe rozwiązanie, zwłaszcza, że praktycznie całe 9 miesięcy przeleżałam na łóżku szpitalnym. Jednak dzięki wstawiennictwu papieża i św. Kingi urodziłam dwie śliczne bliźniaczki, które są zdrowe i razem całą rodziną cieszą się życiem. Mam jeszcze jedną cudowną, najstarszą córkę, która dzięki opiece św. Kingi i św. Jana Pawła II jest zawsze uśmiechnięta i pełna optymizmu. Dobrze pamiętam i wspominam wizytę w Rzymie. Chociażby, próbę sprzedania przeze mnie i moje przyjaciółki kawioru we włoskiej restauracji. Do dziś śmieję się przypominając sobie minę kelnera, kiedy moja siostra tłumaczyła mu, że mamy do sprzedania kawior, oczywiście po polsku. Święta Kinga pomogła rozwiązać mi wiele spraw  i trudności w moim życiu. Jest świętą, którą ja i moja rodzina otacza wielką czcią. A Jan Paweł II nawet po swojej śmierci pozostał w naszych serca, jego odwaga i uwielbienie Boga i Maryi  są dla nas wartościami, których powinniśmy się uczyć. „ Niech stąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi” – te słowa wypowiedział powracając do kraju po raz pierwszy odkąd został wybrany na papieża. Tymi słowami odmieniał serca Polaków, którzy nie wiedzieli co mają robić. Stał się wzorem dzięki któremu odzyskaliśmy nasz kraj.
(Stanisława Horowska – Kotarba)

17
Długo zastanawiałam się czy podzielić się z Wami tym, co doświadczyło mnie życie, w którym św. Jan Paweł II i św. Kinga maja dla mnie znaczenie.Po dłuższym zastanowieniu i po niedzieli Zesłania Ducha Świętego, to może On dał mi natchnienie postanowiłam, że opiszę moja historię, i że może ktoś tak jak ja zacznie uważać to czego wcześniej nie widział. Bardzo dobrze pamiętam dzień, w którym Jan Paweł II odprawiał Mszę Świętą na sądeckich błoniach. Wtedy to z mężem i trzyletnim synem uczestniczyliśmy we mszy niedaleko ołtarza, pamiętam to był sektor „c”.Właśnie tam modląc się prosiłam Ojca Świętego by mój syn mógł mieć rodzeństwo, a jak będzie dziewczynka na imię będzie mieć Kinga – będzie to pamiątka wizyty naszego papieża w Starym Sączu. Ale życie napisało mi inny scenariusz. Moje dwie kolejne ciąże nie donosiłam, a moja psychika była w złym stanie, modląc się cały czas miałam nadzieję. Pewnego dnia na mojej drodze stanął ksiądz, który głosił wielkanocne rekolekcje w naszym kościele. Tak się stało, że opowiedziałam mu swoją historię, oczywiście nie umiałam powstrzymać łez. On właśnie wtedy powiedział mi, że w tym momencie poczęło się gdzieś dziecko, i to właśnie ja powinnam podjąć adopcję poczętego dziecka modląc się przez dziewięć miesięcy. Tak właśnie uczyniłam. Czułam, że szczęśliwie się narodziło i gdzieś jest na tym świecie, zawsze pamiętam ile ma lat, a może kiedyś się gdzieś spotkamy? Wtedy po tych dziewięciu miesiącach modlitwy, okazało się że i ja będę mieć dziecko. Ciąża moja była bardzo zagrożona, ale powierzyłam to Matce Bożej i żyłam nadzieją, że tym razem się uda. I rzeczywiście urodziłam córeczkę, tylko tak się poskładało, że drugie jej imię to Kinga, ale zawsze jej powtarzam, że dziecko to cud od Boga, a Ty jesteś podwójnym cudem i żywą pamiątką Ojca Świętego w Starym Sączu. Gdy dowiedziałam się o pielgrzymce śladami św. Kingi po górach, postanowiłam wybrać się całą rodziną, by modlić się i śpiewem wysławiać św. Kingę.  Drugie moje przeżycie to pogrzeb Ojca Świętego. Wtedy to moje oczy otworzyły się i dostrzegłam to, czego wcześniej nie widziałam. Oglądając Mszę pogrzebową i widząc szaty liturgiczne wznosząc się podmuchem wiatru, przewracające się kartki Pisma Świętego na trumnie, które zostały zamknięte, zrozumiałam że to podmuch Ducha Świętego. Zaczęłam go od tej pory dostrzega. Zrozumiałam, że jest pośród nas, można z nim porozmawiać i odczytać Jego znaki. Więc dziękuję Ci Ojcze Święty, że umiem dostrzegać obecność Ducha Świętego pośród nas.
(Małgorzata Salamon)

19
Nazywam się Jacek Hebda. 20 lat temu 16 czerwca 1999 r. zaprosiłem swoją dziewczynę na pielgrzymkę do Starego Sącza na powitanie Ojca Świętego Jana Pawła II. Dziś ta dziewczyna o imieniu Agnieszka jest moja żoną i jesteśmy ze sobą już 16 lat i mamy dwoje dzieci Kubusia i Maksia. Ojciec Święty bardzo nam pomaga i czuwa nad naszą rodziną. Po prostu da się to odczuć, tego nie da się opisać, ale jedną historię w skrócie opiszę.  Trzy lata temu, byliśmy na festynie parafialnym w Nowym Targu, gdyż moja siostra tam mieszka i nas zaprosiła. Kościół, w którym się ten festyn odbywał jest pod wezwaniem Ojca Świętego Jana Pawła II. Jak na każdym festynie są loterie. Zakupiłem tam los, 1 szt i podczas losowania westchnąłem sobie w sercu do św. Ojca Jana Pawła II. „Ojcze Święty pomóż mi tą główną nagrodę wygrać” Nagle słucham, a tu czytają mój numer losu. Coś niesamowitego, nie da się opisać, czułam że Ojciec Święty mnie wysłuchał, po prostu to był cud. Wygrałem wtedy rower górski.

20
Wszystko zaczęło się 11 września 1996 roku w Rzymie. Pracowałam jako opiekunka dzieci i osób starszych po półrocznym pobycie miałam jechać do domu w tym czasie rodzina podopiecznego gościła dzieci z Czarnobyla i przed dzień wyjazdu zaproponowali mi żebym pojechała z nimi do Rzymu gdzie będą mieć audiencję u Ojca Świętego Jana Pawła II. Oczywiście pojechałam razem z moją śp. siostrą męża Majką. Ten dzień był moim błogosławionym dniem, gdyż podczas audiencji podając rękę Ojciec Święty pochwycił moją dłoń i czułam że jego błogosławieństwo przeniknęło mnie bez reszty gdy wypowiedziałam słowa Ojcze Święty, potem był powrót do Polski a ja cały czas czułam uścisk i spojrzenie. Gdy przyjechał do Starego Sącza nie dałam rady być na tym spotkaniu ponieważ miałam małe dziecko ale cały czas łączyłam się duchowo z pielgrzymami i Ojcem Świętym. Potem przyszła choroba i narodziny drugiego syna. Przełomem był dzień 2 luty 2003 byłam w 8 miesiącu ciąży tego ranka dziecko w moim łonie było bardzo niespokojne,a  potem była głucha cisza i brak ruchów, pojechałam do szpitala gdzie po badaniach okazało się, że nasz synek owinięty jest pępowiną i jak się porusza to się dusi zaczęła się walka o jego życie, gdy nadszedł dzień rozwiązania głaskałam brzuch dłonią, którą uścisnął Ojciec Święty prosiłam Boga aby nie zabierał go w tamtej chwili, że ofiaruję go Jemu i dam mu na imię Karol jak Ojciec Święty modląc się do niego o wstawiennictwo u Boga. Przyszedł na świat 20 lutego bez odruchów, siny wtedy stał się cud po chwili wydał swój pierwszy krzyk, wiedziałam że to zasługa Ojca Świętego, Karolek rozwijał się prawidłowo. W godzinę śmierci Ojca Świętego był z nami na modlitwie przy pomniku w naszej parafii. Dalej było wszystko zwyczajnie, aż do 16 października 2007 podczas kolejnego nabożeństwa różańcowego w kościele uklęknął w rzędzie z ministrantami  modląc się na różańcu. Po Mszy powiedział, że chce być ministrantem mimo,że był mały śp. ks. proboszcz Jan Janik robiąc wyjątek przyjął go do grona aspirantów nazywając go „Miniuś” i tak jest po dziś dzień Karol wiernie służy jako lektor. A dnia 21 maja 2019 roku przyjął Sakrament Bierzmowania obierając sobie imię Jan Paweł, mając świadomość że był ofiarowany i powierzony Bogu i Janowi Pawłowi II, dziękując za dar życia opiekujemy się pomnikiem Jana Pawła II, który znajduje się przy naszej świątyni.
(Małgorzata Kowalczyk)

26
Gdy wybrano Karola Wojtyłę na papieża miałam zaledwie 4 lata i niewiele z tego rozumiałam. Zawsze z rodzicami i rodzeństwem śledziłam wizyty Ojca Świętego w Polsce. Az w końcu doczekałam się ujrzeć Jego Świątobliwość osobiście w Starym Sączu – a wtedy mieszkałam w Nowym Sączu. Bardzo głęboko przeżyłam to spotkanie, pomimo że tylko Ojciec Święty przejeżdżał tuż obok to trudno opisać co czułam. Jednak namacalnym dowodem obecności i wpływu na moje życie Ojca Świętego była choroba mojej mamy.  W 2009 roku lekarze stwierdzili złośliwy nowotwór był to czerniak złośliwy na twarzy. Wg. Lekarzy mama miała żyć maksymalnie do 6 miesięcy. Wtedy ja dowiedziałam się iż spodziewałam się drugiego dziecka. Bardzo ciężkie to było dla mnie, nie umiałam się oswoić z tymi myślami – tu nowe życie we mnie – a tu umierająca mama. Wtedy przez jakiś wpływ z Góry, wpadła mi w ręce broszurka z litanią do bł. Jana Pawła II. Zaczęłam codziennie się modlić o siły dla mamy i dla mnie.  Dzięki tej modlitwie i wbrew opinii lekarzy mama przeżyła 4 lata. Gdy w godzinie śmierci przyjechała p. doktor, stwierdziła, że przy takim przerzucie nowotworu, to jest „cud śmierci”, że bezboleśnie, spokojnie zasnęła w Panu. Wg. Pani Doktor powinna mieć ogrom bólu i cierpienia, z którymi spotykała się przy takich chorych. Dla mnie jest to naprawdę również cud, bo ja byłam przy mamie przez 24 godziny na dobę i wiem, że otrzymywała tyle sił, aby znieść chorobę bez leków przeciwbólowych.  Do dziś gdy mi ciężko sięgam po pomoc Św. Jana Pawła Wielkiego. Dziś mieszkam w Starym Sączu i często odwiedzam Centrum Pielgrzymowania Opoka oraz Ołtarz Papieski.
(Katarzyna Kostrzeba)

27
W moim życiu namacalnym dowodem jest jak św. Kinga wpłynęła i odmieniłam nasze życie. Mając 46 lat moja żona zaszła w ciążę, która od samego początku była zagrożona. Jej wiek (miała wtedy 41 lat), brak jednej nerki, komplikacje przy wcześniejszych porodach itp. powodów można by wymieniać wiele. Lecz od początku nadzieja, mieszana ze strachem, dawała nam siłę do św. Kingi z początku o donoszenie, później o zdrowie i szczęśliwe rozwiązanie dla dziecka jak i żony. Podczas badań było wiele złych podejrzeń, musieliśmy jechać na badania na Śląsk, gdyż wtedy jeszcze u nas nie było takiej możliwości. Podczas tych 7 miesięcy (bo dziecko urodziło się wcześniej) było wiele chwil załamania, łez bezradności. Jednak zawsze siłą ja, tak i żona znajdowaliśmy w modlitwie i oddaniu się w pełni św. Kindze. Gdy nadszedł czas rozwiązania, nie da się określić szczęścia, gdy na świat przyszła zdrowa dziewczynka. Bez chwili zastanowienia postanowiliśmy dać jej imię Kinga. W dziękczynieniu za wszystkie wysłuchane modlitwy Malutka Chrzest św. przyjęła nawet w klasztorze. Dziś jest zdrową 7-latką i wypełnia nasze życie do granic. Z perspektywy czasu wiem, że nie stało się to bez powodu, ponieważ 4 lata temu straciliśmy syna była to dla nas wielka tragedia,  jedne siły niezmiennie dodawała nam Kinga (patronka naszego miasta i powierniczka najskrytszych rozterek, oraz ta Mała, która okazała się cudem z samych rąk św. Kingi.
(Robert Kościusz)

32
„Jak Święty Jan Paweł II i Święta Kinga wpływają lub wpłynęli na życie Twoje i Twojej rodziny” Moja historia dotycząca wpływu Świętego Pawła II jak również Świętej Kingi jest dosyć długa. Postaram się w możliwie najkrótszym opisie ująć bardzo ważne przede wszystkim dla mnie i wiem, że również dla mojej rodziny (choć czasami nasze młodsze dzieci mówią mi cyt. „…mamo nie przesadzaj, to jest Twoje myślenie nie do końca się z Tobą zgadzamy…”).Mam na imię Elżbieta, kochanego męża Roberta i cudowną trójkę (a od października 2018 czwórkę) wspaniałych, kochanych przez nas dzieci; syn lat 26, syn lat 21, córka lat 18 a tak jak wspomniałam wcześniej od 06-10-2018r. do naszej rodziny dołączyła kolejna córka (synowa). Jesteśmy małżeństwem od 29 lat. Pierwsze nasze dziecko Pan Bóg powołał do Siebie we wrześniu 1991 r. (poroniłam w 3 miesiącu). Nie wiemy czy to był chłopczyk czy dziewczynka. Przeżyliśmy to bardzo boleśnie. Nie mogliśmy nic zrobić. Ja byłam przekonana, że nie będę mogła mieć już dzieci. Ale Pan Bóg miał inne plany wobec mnie. We wrześniu 1992r. urodził się nam pierwszy syn. W roku 1995 postanowiłam zaocznie spróbować studiować ekonomię. Zapisałam się na studia w Tarnowie ale niestety ze względu na ciągłe choroby syna (zawsze zaczynał chorobę w piątek jak miałam wyjeżdżać na studia a w poniedziałek wracał do zdrowia. Po pół roku pomimo, iż teściowa zajmowała się naszym pierwszym synem, gdy ja szłam z mężem do pracy to niestety musiałam zrezygnować ze studiów. Uznałam, że niestety to nie jest teraz pora na naukę, muszę zająć się dzieckiem. Od momentu jak zrezygnowałam syn przestał chorować. W czerwcu 1998 urodził się nam druki syn a w styczniu 2001r. córka. Cały czas obydwoje z mężem pracując i wychowując nasze dzieci polecaliśmy siebie i nasze dzieci opiece Matki Bożej Częstochowskiej (wspomnę, iż w dniu ślubu obraz, który postanowiliśmy poświęcić podczas ceremonii ślubnej to właśnie obraz Matki Bożej Częstochowskiej, który mamy do dzisiaj w centralnym miejscu w sypialni a obok obraz Św. Jana Pawła II zakupiony podczas pielgrzymki po komunii naszej córki oraz obraz Jezusa Miłosiernego. Codziennie przed tym obrazem klękamy do modlitwy).Gdy pierwszy syn skończył 2 latka dostaliśmy od moich rodziców działkę na wsi – darowiznę. Zaczęliśmy budowę naszego wspólnego domu. Wcześniej mieszkaliśmy w wynajmowanym mieszkaniu przez dwa lata a później przez okres 7 lat u teściów w Nowym Sączu. Wspólnymi siłami przy pomocy rodziców i rodzeństwa wybudowaliśmy nasz własny dom, do którego wprowadziliśmy się w 1999r. (nasz drugi syn skończył wtedy roczek).Pod koniec 1997 roku zaszłam w ciąże z trzecim dzieckiem. Od momentu jak zaczęliśmy się budować dużo pracowałam zawodowo (z wykształcenia jestem księgową), gdyż ciężko nam było z budową i utrzymaniem rodziny. Nasze pensje były niskie. Obydwoje z mężem nie mieliśmy wykształcenia wyższego. Ja przerwałam studia. Pod koniec trzeciego miesiąca ciąży przy kolejnej wizycie lekarskiej, Pani doktor ginekolog (obecnie już nie żyjąca) stwierdziła, że nasze dziecko jest martwe i nic już nie da się zrobić. Kazała mi zgłosić się następnego dnia rano do szpitala twierdząc że ciążę trzeba natychmiast usunąć. Równolegle ze mną w ciąży była również wtedy moja siostra, która w tym dniu też była razem ze mną na wizycie. Pamiętam że bardzo płakałam. Siostra mnie pocieszała. Wieczorem zadzwoniła do mnie moja św. pamięci mamusia (zmarła 10-06-2016r.), która powiedziała mi takie słowa cyt. „.. idź jeszcze do innego lekarza, bo może ta Pani doktor się pomyliła…”. Całą noc przepłakałam, bałam się iść do innego lekarza, do szpitala. Cały czas towarzyszył mi mąż, pocieszał. Rano nie zgłosiłam się do szpitala tylko posłuchałam mojej mamusi i zapisałam się prywatnie do innej Pani doktor. W tym dniu zgłosiłam urlop w pracy, nie byłam w stanie pracować. Po południu wraz z mężem zgłosiłam się cała zapłakana do Pani doktor, która w pierwszej chwili zapytała co się stało. Opowiedziałam jej całą sytuację. Po przebadaniu mnie stwierdziła, iż nie jest do końca pewna, ponieważ historia którą jej opowiedziałam jest po części wyznacznikiem jej podejścia do badania ale powiedziała do mnie takie słowa cyt. „… niech Pani się nie martwi, jeszcze nic nie jest przesądzone, że dziecko jest martwe, ponieważ ona widzi i uważa że dziecko się rusza ale żeby to stwierdzić jednoznacznie musi mnie przebadać jeszcze raz i w tym celu muszę na drugi dzień rano zgłosić się do szpitala na specjalne badanie…” .Poprosiła męża z korytarza i przekazała te informację mężowi oraz zapytała mnie – czy Pani się zgadza? Odpowiedziałam że tak oczywiście. Wróciłam już trochę spokojniejsza ale wciąż z tyłu głowy miałam słowa lekarki, która mnie wcześniej prowadziła – badała. Na drugi dzień zgłosiłam się do szpitala na godz.7:30 (taką godzinę wyznaczyła Pani doktor). Wykonano badanie. Pani doktor poprosiła jeszcze druga Panią doktor (koleżankę) i w trakcie badania obydwie Panie stwierdziły że dziecko jest zdrowe i żywe. Moja i męża radość była nie do opisania. Płakaliśmy ze szczęścia. Idąc do pracy po tym badaniu modliłam się na różańcu i dziękowałam Matce Bożej za dar życia naszego dziecka. Po drodze wstąpiłam do mojej babci (zmarła w czerwcu 2000r.), która mieszkała w Nowym Sączu na ul. Kolejowej aby podzielić się naszą radością. Pamiętam babcia siedziała wtedy w kuchni przy stoliku i czytała Pismo Święte. Powiedziała wtedy takie słowa cyt. „…Bogu niech będą dzięki i Matce Bożej…” , …podziękuj też obecnemu Papieżowi Janowi Pawłowi II, który tak kocha wszystkich i za wszystkich się modli…”
Drugi syn urodził się 01 czerwca 1998 roku. Długo zastanawialiśmy się jakie dać imię synkowi. W końcu stwierdziliśmy, że będzie miał na imię Karol. Na drugi rok 16-06-1999r. do Starego Sącza przybył Św. Jan Paweł II – Papież. Postanowiliśmy wraz z mężem i synem Mariuszem iść na pieszo do Starego Sącza aby podziękować za życie naszego Karola. Babcia (teściowa) została wtedy w domu z naszym drugim synem Karolem. Było to wielkie przeżycie dla nas. Tak bardzo chciałam być blisko papieża, ale nie było takiej możliwości. Sam fakt usłyszenia Go bezpośrednio (nie w telewizji) był ogromnym przeżyciem. Później okazało się że nasz syn ma przepuklinę i musi przejść zabieg. Był taki malutki. Miał dopiero roczek a tu już takie problemy. Gdy miał 4 lata zauważyliśmy, że jedno oczko tak jak by mu „uciekało w lewo”. Udaliśmy się do lekarza, później do kolejnego aż wreszcie trafiliśmy do szpitala w Krakowie. Diagnoza brzmiała. Dziecko musi mieć operację na otwartym oczku, ponieważ ma wadę, która może w efekcie doprowadzić do skrzywienia główki dziecka w kierunku lewej strony i później już tego nie da się skorygować. Przed nami stanęła kolejna trudna decyzja, która trzeba było szybko podjąć i wytłumaczyć dziecku w taki sposób aby to zrozumiał i się nie bał. Karol od początku aż do chwili obecnej musi wszystko mieć jasno wytłumaczone. Byłam cały czas przy nim w szpitalu. Później musiał mieć zaklejone jedno oczko, następnie nosił okulary. Wada ta została skorygowana ale nie do końca. Po dwóch latach od operacji Pani doktor stwierdziła, że wada w dużym stopniu ustąpiła ale nie do końca. Po dokładnym wytłumaczeniu nam powiedziała, ze według niej nie ma potrzeby na tym etapie drugi raz poddawać syna operacji, ponieważ ta operacja już nic więcej nie wniesie. Cały czas polecaliśmy dzieci opiece Matce Bożej oraz Papieżowi – obecnie Św. Janowi Pawłowi II. Gdy skończył 7 lat pojawił się kolejny problem. Wtedy też urodziła się nam córka. Okazało się, iż syn ma problem z drugimi zębami. Mleczaki wypadły. Natomiast zęby – jedynki górne (jeden wyrósł a drugi niestety nie). Gdy byłam u lekarza stomatologa, twierdził ze trzeba jeszcze czekać, ponieważ różnie dzieciom zęby rosną. Jak zwykle kierowałam się wiedzą lekarzy. Jednakże zaczęło mnie to niepokoić, że za długo ten proces trwa i postanowiłam iść na wizytę do ortodonty. Umówić się wtedy prywatnie było bardzo ciężko, ale przez koleżanki z pracy udało mi się w miarę szybko załatwić wizytę. Poszliśmy razem z mężem i okazało się po prześwietleniu że syn ma duże problemy. Jak wtedy lekarz stwierdził Karol ma cztery jedynki – jeden wyrósł , a kolejne trzy to ; wg definicji lekarzy ortopedów „ mezodiensy” tzn. że zęby są nieprawidłowej wielkości i nieprawidłowego kształtu a w tym jeden w podniebieniu. Diagnoza brzmiała – operacja natychmiast i usunięcie tych zębów. Podczas operacji siedziałam na podłodze pod fotelem dentystycznym (lekarz po długiej prośbie pozwolił mi być przy dziecku) i trzymając synka za rękę płakałam jak małe dziecko i w głowie kotłowały się mi pytania – „ Boże dlaczego on tak cierpi?, za co to wszystko mnie spotyka?, ja już nie dam rady tak więcej? itp.). W trakcie operacji (uczestniczyło dwóch lekarzy) jeden z nich stwierdził cyt. „… uważam, że trzeba zostawić jeden „mezodiens” bo jak dziecko nie będzie miało jednej jedynki…” Później szycie, wyciąganie szwów, kolejne wizyty. Stwierdziliśmy że musimy jechać gdzieś dalej do lekarzy, ponieważ w Nowym Sączu diagnozy były tak różne za każdym razem i nic nie wnosiły, żadnej poprawy. Dzięki szwagrowi, udało się nam dostać do prywatnej kliniki w Krakowie w której do chwili obecnej Karol jest prowadzony przez Panią doktor. Po zdiagnozowaniu sytuacji syna stwierdziła cyt. „ Boże kto mu zrobił taka krzywdę…” Nie rozumiałam nic z tego, jedynie obwiniałam siebie i miałam żal do siebie i do męża, że to nasza wina, bo wiecznie nam brakowało pieniędzy na budowę domu, a tutaj cały czas musimy jeszcze dodatkowo przy tak wielkim cierpieniu dziecka, które tym bardziej nie było niczemu winne szukać pieniędzy na prywatne wizyty, zabiegi i wyjazdy do Krakowa. Ale Karol wszystko dzielnie znosił. W 2002 roku weszło w życie rozporządzenie, które nakazywało wszystkim osobom (księgowi, księgowe zatrudnione na samodzielnym stanowisku) uzupełnienie wykształcenia. Postanowiłam po raz kolejny zacząć zaocznie studia, tym bardziej że była taka możliwość w Nowym Sączu. W marcu roku 2003 w ramach restrukturyzacji Firmy zwolnili z pracy męża. Za cztery miesiące zmarł teściu. Wtedy była dla nas bardzo ciężki okres. Miałam wrażenie że wszystko zaczyna się nam wymykać spod kontroli, wszystko zaczyna się walić, że nie damy rady. Nie było mnie stać na dalsze kształcenie, mąż nie mógł znaleźć zatrudnienia. Ale stwierdziliśmy razem, że pomimo tego ja muszę się dalej kształcić ponieważ w ten sposób przynajmniej jedno z nas będzie mogło utrzymać zatrudnienie. Wtedy było bardzo ciężko z pracą. Jak pracowaliśmy to dwójka dzieci Karol i Wiktoria jeździli z nami do Nowego Sącza do przedszkola i żłobka a starszy syn Mariusz chodził do szkoły. Nie traciliśmy wiary i nadziei.Postanowiliśmy w 2006 roku iść po raz pierwszy całą rodziną na pieszą pielgrzymkę tarnowską. Nie zdając sobie sprawy jakie są warunki pielgrzymowania (ani ja ani też mąż nigdy wcześniej nie byliśmy na-pielgrzymce 9 dniowej) a tym bardziej z trójką dzieci (4, 7, 11 lat) zdecydowaliśmy, że idziemy na Jasna Górę do Częstochowy. Była to dla nas (a szczególnie dla mnie) szkoła życia ale przede wszystkim szkoła radzenia sobie w trudnych dla nas sytuacjach, gdzie tak naprawdę mieliśmy tylko siebie i decyzje musieliśmy podejmować szybko, czasami nawet bez możliwości porozumienia się ze sobą. Tutaj muszę przytoczyć sytuację z drugiego dnia pielgrzymki – najcięższy dzień z tych 9 dni pielgrzymowania. Pielgrzymowaliśmy w grupie 15 – Św. Jacka z Limanowej (również później przez kolejne 5 lat).Podczas pielgrzymowania bracia i siostry (tak zwracaliśmy się do siebie w trakcie pielgrzymek) na zmianę nosili na plecach głośniki – od jednego postoju do następnego. Ksiądz – przewodnik naszej grupy nie wiedział, że mój mąż Robert i syn Mariusz (to ojciec i syn). Po odpoczynku w południe odczytane zostały osoby, które będą niosły głośniki. W tych osobach byli właśnie mój mąż i syn. Ja nie wiedząc, że mogłam podejść i poprosić aby to zmienić, ponieważ zostałam sama z dwójka dzieci (4 i 7 lat), powiedziałam mężowi że jakoś sobie poradzę a w razie czego będę prosić o pomoc. Wiktorię wiozłam na wózku a Karol szedł na nóżkach trzymając się wózka. Jak szliśmy razem z mężem to na zmianę braliśmy Karola na ręce lub na wózek a Wiktorie na ręce. Po godzinnym marszu Wiktoria zasnęła na wózku a Karol zaczął do mnie mówić cyt. „…mamusiu ja teraz powinienem jechać na wózku…” (pilnował tych zmian). Tłumaczyłam mu, że Wiktoria śpi i ja nie dam rady pchać wózka z nim mając na rękach Wiktorię i obiecywałam, że jak Wiktoria się obudzi to on wtedy dłużej będzie jechał na wózku. Pytał gdzie poszedł tatuś i Mariusz i dlaczego mi nie mogą pomóc. Gdy ktoś inny chciał nam pomóc Karol nie chciał z nikim obcym. Nie rozumiał jeszcze ze idziemy wszyscy razem i w razie trudności mamy sobie pomagać. Idąc tak dalej w pewnym momencie uświadomiłam sobie (przyszła mi taka myśl, którą będę pamiętać do końca życia cyt. „.. .Boże co ze mnie za matka? Jak mogłam narazić nasze dzieci na takie zmęczenie, trudności, tym bardziej Karola, który jest już po 3 operacjach? Ja nie przestrzegam przykazań Bożych? Boże co ja zrobiłam? To dopiero drugi dzień, przecież my nie damy rady?…” Wtedy zaczęły mi płynąć z oczu łzy, płakałam ale tak żeby nikt nie widział i prosiłam Boga, żeby mi dał siły i Karolkowi – żebyśmy doszli do następnego postoju. Jednakże Karol zauważył, że ja płaczę. Zapytam mnie – Mamuś dlaczego płaczesz? Odpowiedziałam (kłamiąc). Synku ja nie płacze . To tylko ze zmęczenia, spływa mi pot z czoła. Ale On nie odpuścił i powiedział do mnie takie słowa – Mamusiu dlaczego kłamiesz? Przecież mówiłaś mi, że to grzech kłamać? Ty płaczesz, powiedz dlaczego? Bo jak nie to nie pójdę dalej – oświadczył (miał wtedy 7 lat). Do tej pory jest bardzo dociekliwy i zawsze musi mieć jasna odpowiedź. I wtedy zrozumiałam, że muszę mu powiedzieć co mam na myśli i przeprosić za to ze naraziłam ich na taki trud i zmęczenie. W trakcie jak tłumaczyłam synowi, że zrobiłam źle biorąc ich na taką trudną wyprawę, że nie sprawdziłam dokładnie ile to kilometrów się idzie na pieszo, że to był błąd z naszej strony ale głównie z mojej strony i bardzo Go za to przepraszam. Po wysłuchaniu mnie Karol odpowiedział do mnie takie słowa …. .Mamusiu damy radę, nie martw się, przecież idziemy do Matki Bożej a zawsze mówiłaś, że Ona mnie uratowała i zawsze nas broni i pomaga nam gdy jest nam ciężko. Teraz też nam pomoże. Ja nie muszę jechać na wózku. Dam Mamusiu radę…” Słowa te pochodziły od samego Boga obecnego w Trójcy Świętej wypowiedziane przez naszego synka Karola. Ja zrozumiałam to dopiero gdy doszłam na Jasną Górę w 9 dniu, gdzie padając na ziemię gorzko zapłakałam, że nie było we mnie tyle wiary co w naszym synku. To On dawał mi siłę na kolejne dni i lata pielgrzymowania.Dzisiaj będąc osobą z umiarkowanym stopniem niepełnosprawności – po rodzinnym wypadku samochodowym, jaki mieliśmy w grudniu 2014r. (ja, córka i mój mąż) wiem, że Pan Bóg przygotowywał mnie i nadal przygotowuję do kolejnych zadań według Jego planu a ja jeszcze muszę ciągle uczyć się pokory, miłości względem nieprzyjaciół i osób, które mi złorzeczą, przeklinają nie rozmawiają ze mną, odsuwają się ode mnie za to, że mówię „…dla mnie Pan Bóg był, jest i będzie na pierwszym miejscu a wszystko inne będzie wtedy na właściwym miejscu…”. Są to osoby mi najbliższe – rodzeństwo, przyjaciele, koleżanki. Mężowi dzięki Bogu nic się nie stało, córka miała złamaną jedną rękę i 2 palce u drugiej ręki ale wszystko jest obecnie w porządku.Dzisiaj po 5 -ciu operacjach w ciągu trzech lat (leczę się obecnie na Śląsku), depresji (jestem w stałym leczeniu), śmierci mojej mamusi w 2016r„ śmierci tatusia we wrześniu 2018r. (przed ślubem naszego syna który był 06-10-2018r) oraz po kolejnym wypadku (kolizji – samochód ciężarowy uderzył we mnie w tył samochodu w marcu 2019r.) oraz po utracie pracy, gdzie zostałam zwolniona 31 maja 2019r. za to, że nie zgodziłam się na kłamstwa i układy, które mi proponowano ale przede wszystkim za to, że za dużo mówiłam o Panu Bogu) nie tracę wiary i nadziei w opiekę Matki Bożej Częstochowskiej, której zawierzyłam całą moja rodzinę dzięki Świętemu Janowi Pawłowi II, który w 1999 roku powiedział takie słowa – Napisałem w Liście do Rodzin,że «poprzez ludzkości. Rodzina znajduje się pośrodku tego wielkiego zmagania pomiędzy dobrem a złem, między życiem a śmiercią, między miłością a wszystkim, co jest jej przeciwieństwem. powierzone jest zadanie walki przede wszystkim o to, ażeby wyzwolić siły dobra, których źródło znajduje się w Chrystusie Odkupicielu człowieka, aby te siły uczynić własnością wszystkich rodzin, ażeby – jak to powiedziano w polskim milenium chrześcijaństwa – rodzina była „Bogiem silna”» (n. 23). Dziś, opierając się na ponadczasowym doświadczeniu świętej Kingi, powtarzam te słowa tu, pośród mieszkańców Sądeckiej Ziemi, którzy przez wieki, często za cenę wyrzeczeń i ofiar, dawali dowody troski o rodzinę i wielkiego umiłowania życia rodzinnego. Wraz z Patronką tej ziemi proszę wszystkich moich Rodaków: niech polska rodzina dochowa wiary Chrystusowi! Trwajcie mocno przy Chrystusie, aby On trwał was! Nie pozwólcie, aby w waszych sercach, w sercach ojców i matek, synów i córek zagasło światło Jego świętości. Niech blask tego światła kształtuje przyszłe pokolenia świętych, na chwałę imienia Bożego! (Tiertio millennio adveniente.)Bracia i siostry, nie lękajcie się chcieć świętości! Nie lękajcie się być świętymi! Uczyńcie kończący się wiek i nowe tysiąclecie erą ludziDzisiaj gdzie jest tyle dobra ale również zła, gdzie ludzie nie wierzą w działanie szatana (a przecież on- ten zły działa też poprzez innych ludzi w każdym środowisku, mniejszym lub większym) potrzeba nam modlić się do Świętego Jana Pawła II o wstawiennictwo za nasze rodziny, za nasz kraj, aby były Bogiem silne, aby ustrzegły wiary, aby Pan Bóg obecny w Trójcy Świętej poprzez Ducha Świętego dawał naszym rodzinom, naszemu rządowi rozeznanie dobra od zła i umiejętność wybierania dobra, pomimo wszystkiego tego co oferuje dzisiejszy świat – tj. władzę, pieniądze, kariera itp. A żeby to osiągnąć należy przede wszystkim pamiętać o dekalogu – czyli 10 przykazaniach i różańcu o który ciągle upomina się i prosi Matka Boża z Lourds, La Salete, Medzugorije . Tydzień temu w naszej parafii były tygodniowe misje. W dniu pojednania zrozumiałam klęcząc na kolanach w kościele przed krzyżem – Panie niech moją koroną będzie Twoje cierpienie, które przyjmuję za grzechy moje i moich bliskich. Bądź uwielbiony Boże w Trójcy Jedyny za wszystko co od Ciebie otrzymaliśmy i nadal otrzymujemy a tak często tego nie dostrzegamy i nie doceniamy. Bądź dla nas miłosierny Panie zawsze i wszędzie gdy upadamy i nie pozwól Panie abyśmy, nie zatracili wiary w Ciebie Panie, poprzez zastraszanie nas przez innych przed utratą pracy, przed utratą dobrego imienia czy nawet stanowiska.
TY PANIE BYŁEŚ, JESTEŚ I BĘDZIESZ NA WIEKI PANEM TEGO ŚWIATA – AMEN
(Elżbieta)

Posłuchaj:
Ewa Lasota i Iwona Chmielowska
Wydawca
Udostępnij:
rdn_f TV
play
Słowo za słowo (M) - Roman Łucarz
play
Słowo za słowo (M) - Edward Czesak
play
Słowo za Słowo (NS)- Marek Kwiatkowski
ZGŁOŚ
interwencje
REKLAMA
POLECA
Koncert Życzeń
Spraw swoim bliskim
muzyczną niespodzianke
CO? Gdzie? Kiedy?
patronat radia RDN